Sport towarzyszy mu od zawsze. Największe sukcesy odnosił jako szkoleniowiec lekkoatletyki. Jego podopieczni wywalczyli 15 Mistrzostw Polski i zdobyli 69 Mistrzostw Polski, dwa złote medale Pucharu Europy i dwa brązowe medale Mistrzostw Europy. Był trenerem Kadry Narodowej.
Chociaż na imię ma Władysław, to od zawsze zwracamy się do niego – panie Robercie. Dlaczego? – Jest to mój pseudonim sportowy. Jeszcze przed wojskiem koledzy tak mnie nazwali i tak zostało do dzisiaj. Nie mam z tym żadnych problemów – mówi Robert Pierzchała. Urodził się w 1950 roku na Mazowszu. Już jako chłopak interesował się lekkoatletyką. Wraz z bratem rzucali odważnikami i strugali oszczepy z patyków. Po ukończeniu szkoły podstawowej przeprowadził się z rodzicami do Zalesia pod Bydgoszczą. Tam rozpoczął szkołę średnią, której z różnych losowych przyczyn nie ukończył. Jeszcze przed służbą wojskową został zawodnikiem Zawiszy Bydgoszcz, gdzie zaczął trenować podnoszenie ciężarów. Swoją karierę zawodniczą kontynuował w wojsku. Służył w Gdyni, w marynarce wojennej. Był zawodnikiem Floty Gdynia. W wojsku pływał na kutrach torpedowych. Obowiązki żołnierza łączył ze sportem siłowym. Po skończeniu służby wojskowej w 1971 roku zamieszkał w Polkowicach. Namówił go do tego założyciel polkowickiego klubu podnoszenia ciężarów, Michał Garbaczewski. – Doskonale pamiętam treść listu, jaki dostałem od pana Michała. Pisał w nim tak: „Przyjeżdżaj do Polkowic. Co będziesz się marnował w Gdyni” – wspomina Robert Pierzchała. Treść listu była tak przekonująca, że został w Polkowicach do dzisiaj. Będąc zawodnikiem Górnika Polkowice, musiał podjąć pracę w kopalni. Pracował w niej do południa, potem odbywały się treningi. Równolegle uczył się zaocznie w liceum ogólnokształcącym, a po jego zakończeniu studiował na Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. Podnosił swoje kwalifikacje zawodowe na Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu oraz w Warszawie. Kariera zawodnicza w podnoszeniu ciężarów nie trwała długo. Po sześciu latach zrozumiał, że to nie jest to, co chciałby robić w życiu i rozpoczął pracę jako nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej nr 2 w Polkowicach.
PRACA ZAWODOWA – TRENERSKA
W SP 2. nie było żadnej infrastruktury, gdzie można było przeprowadzić zajęcia z uczniami. Praktycznie zaczynali treningi od zera. Trener Pierzchała wraz z uczniami w czynach społecznych wybudowali 60- metrową bieżnię żużlową oraz skocznię. Dzieci garnęły się do sportu. Dzięki temu zawodnicy osiągali sukcesy. – Pamiętam, że obecny burmistrz dobrze skakał w dal. Był obiecującym zawodnikiem. W wieku 15 lat skakał w granicach 6 metrów – dodaje Robert Pierzchała. Sukcesy sportowe w „dwójce” zaowocowały awansem zawodowym. Zaproponowano mu pracę w Zagłębiu Lubin, w którym spędził czternaście lat. Już po roku pracy jego zawodnicy osiągali tytuły Mistrzów Polski. Jednak, po reorganizacji klubu, została tylko sekcja piłki nożnej i niestety praca dobiegła końca. Wówczas nadarzyła się okazja podjęcia pracy w Szkole Podstawowej nr 4, w budynku przy ulicy Ociosowej, która przekształciła się w Gimnazjum nr 1, a następnie w SP 3. Pracując w szkole, w 2000 roku założył Lekkoatletyczny Klub Sportowy, który funkcjonuje do dzisiaj. Jego prezesem nieprzerwanie jest Witold Krzemiński. Wszystkie szkoły, w których pracował pan Robert, mogą się poszczycić najlepszymi wynikami sportowymi w województwie. Ponad 20 lat reprezentacje SP 2, Technikum Górniczego w Lubinie oraz SP 4, Gimnazjum nr 1 w Polkowicach stały na podium.
OSIĄGNIĘCIA TRENERSKIE
W swojej karierze trenerskiej wychował tysiące uczniów, w tym 15 Mistrzów Polski, zdobył 69 medali Mistrzostw Polski, 2 klasy mistrzowskie międzynarodowe i 4 klasy mistrzowskie. Był też szkoleniowcem medalistów mistrzostw Europy i uczestników mistrzostw świata. Ogromne sukcesy sportowe można określić „zjawiskiem”. Niegdyś sport towarzyszył wszędzie. Młodzież chętnie ćwiczyła. Dzisiaj jest zupełnie odwrotnie. – Ich głównym zajęciem jest klikanie w telefonach – dodaje. Młodzież ma za dużo zdarzeń zastępczych. – Żeby osiągać sukcesy sportowe, potrzebny jest „trójkąt” – rodzina, zawodnik i trener. Jeśli którekolwiek ramię zostanie zaniedbane, to wszystko się rozpada – mówi Robert Pierzchała.
PRYWATNIE
Od 40 lat tworzy szczęśliwe małżeństwo z żoną Dorotą, którą poznał, pracując w Zagłębiu Lubin. Żona w tym czasie była sprinterką, reprezentowała klub w biegu na 100,200 i sztafecie 4x100m. Te doświadczenia w jej pracy trenerskiej w LKS Polkowice zaowocowały wieloma medalami Mistrzostw Polski oraz rekordem Polski w biegu sztafetowym 4×100 metrów młodzików. Mój rozmówca z natury jest osobą towarzyską. Lubi tańczyć i śpiewać. Najczęściej śpiewa utwory Czesława Niemena. – W Atenach, podczas mistrzostw świata po zdobyciu złotego medalu przez Artura Partykę, na bankiecie zaśpiewałem utwór Budki Suflera „Jolka, Jolka”. Po jego wykonaniu obecny na bankiecie premier Grecji zadzwonił do naszego premiera i się go spytał, co to za artysta przyjechał z kadrą Polski – żartuje Pierzchała.
W WOLNEJ CHWILI
W kuchni nie jest wybredny. Jest tradycjonalistą. Jego ulubionymi potrawami są: żeberka, schabowy, bigos, golonka i galareta. Nie jest biegły w pracach domowych, ale wie, jak to się robi. – Ostatnio wygrałem przetarg na przynoszenie pieczywa. Stanąłem sam do przetargu i się zobowiązałem kupować świeże pieczywo – dodaje. Pomimo że od 14 lat jest na emeryturze, stara się być aktywny. Codziennie ćwiczy na siłowni i spaceruje. Jeszcze do niedawna wyciskał na ławeczce 135 kg.
MARZENIA
Całe życie podporządkował sportowi. Robił to, co kocha. Nie ma żadnych górnolotnych marzeń. Chce tylko, żeby jego rodzina była zdrowa. – Nie mam się czego wstydzić. Myślę, że jestem spełnionym człowiekiem. W sporcie mogłem jeszcze więcej osiągnąć, ale na mojej drodze stanęli niektórzy nieodpowiedzialni ludzie, o których nie chcę dzisiaj mówić – dodaje Robert Pierzchała.