Sprzęt podłączony do prądu kablem takim, jak do prodiża, w nim spirale jak w farelkach, na nie nałożone tzw. klipsy. Gdy się nagrzały, fryzjer nakładał je na włosy, a dokładnie na wałki „uzbrojone” w tulejki. Efektem była trwała ondulacja, bardziej fachowo – trwały skręt włosów. Taka „machina” wzbogaci wystawę eksponatów w Regionalnej Izbie Pamięci w Pałacu w Suchej Górnej, dołączając do zbiorów przekazanych wcześniej przez polkowickiego fryzjera Andrzeja Siejka.
Początek fryzjerskiej sagi
W zawodzie tym pan Andrzej pracuje od prawie 32 lat. Jest kontynuatorem rodzinnych tradycji. Nie tylko w kwestii fachu, ale po kolei.

– Od dziecka przebywałem we fryzjerskim świecie – wspomina. – Fryzjerami byli dziadkowie Jerzy i Janina Góreccy, a potem ich córka, a moja mama Danuta Siejek. Zabierali mnie na pokazy i świąteczne spotkania. Przez lata patrzyłem, jak pracuje się w tym zawodzie. Innego nie znałem. Wybrałem go też dlatego, że cenię niezależność. Sam sobie jestem szefem i pracownikiem, choć czasem wymaga to wyrzeczeń, na przykład z rodziną widzę się wieczorami.
Pan Andrzej obserwował nie tylko pracę swoich bliskich. Pamięta też ich zamiłowanie do zachowania związanych z nią sprzętów. Kiedy przestawały być potrzebne, gromadzili je w domowych zakamarkach. Z czasem te starocie, jak mówi, i jego zainteresowały. To też część rodzinnej spuścizny, podobnie jak system pracy: nie ma zapisów na wizytę – klient przychodzi i albo od razu siada na fotel, albo czeka w kolejce.
– Jestem tradycjonalistą, znany też z tego, że zbieram różne rzeczy, chomikuję – dodaje. – Taki sentyment do historii. Dziadkowie i mama niczego nie wyrzucali. Przekazali mi szacunek do tych przedmiotów, za co jestem im wdzięczny. Pozbierałem je i poupychałem w garażu.
Nowe życie starych sprzętów
Otworzyła je perspektywa otwarcia Regionalnej Izby Pamięci w Pałacu. Chętnie przyjął propozycję jej twórców z Centrum Kultury i tak jego starocie trafiły na wystawę. Dzięki nim możemy zajrzeć w przeszłość, dla niektórych jeszcze nie tak bardzo odległą.

– Przekazałem na przykład nożyczki degażówki i lokówki na parę – wymienia pan Andrzej. – Są tak utrzymane, że można je pokazać. Mam jeszcze kilkadziesiąt kamieni po dziadku, do ostrzenia brzytew. Muszę jeszcze zobaczyć, czy są gdzieś lokówki na gorąco.
Całą tę ekspozycję uzupełnią zdjęcia związane z pokoleniową działalnością zawodową. To część historii rodziny i Polkowic.
Szykują się na wystawę
Najstarszym przedmiotem w zbiorach pana Andrzeja jest niemieckie, przedwojenne urządzenie do usuwania…kurzajek, brodawek, bo takie zabiegi też były w ofercie. To składana dwuczęściowa walizka z odpowiednim wyposażeniem (jej właściciel żartuje: krótki kurs i może ją wypróbujemy). Też trafi na wystawę razem ze wspomnianą już elektryczną maszyną do trwałej ondulacji. Opisany powyżej sposób jej działania to początek całego procesu. Kluczowy w nim był czas.
– Fryzjer musiał był bardzo dobrze wyszkolony, znać włos klientki i nie mógł odejść ani na moment od fotela – wyjaśnia pan Andrzej. – Co kilka minut musiał sprawdzać, jak wyglądają skręty, żeby te klipsy nie odpadły z głowy razem z wałkami i nie doszło do poparzenia skóry.
Taka perspektywa w drodze po modną fryzurę nie napawała może optymizmem, ale chętnych nie brakowało.
Gorące wspomnienia…
– Zdarzały się różne niebezpieczne sytuacje – Polkowiczanin opowiada zdarzenie sprzed wielu lat. – Fryzjer robił trwałą parową, co było groźniejsze od tej elektrycznej, bo narażało klientki na uszkodzenie skóry, a on w czasie wykonywania usługi potrafił wyjść do lokalu obok na… „pięćdziesiątkę”.
Do zrobienia trwałej parowej używano wałków połączonych ze sobą na zasadzie wężyków. Instalację taką nakładano na głowę klientki. Czasem jednak wężyki rozpinały się i para uderzała prosto w skórę, co kończyło się mocnym poparzeniem. To skrajne przypadki.
…i ploteczki
Zwykle panie wychodziły z zakładu nie tylko z modną fryzurą, ale i sporą dawką nowinek. Oprócz fryzjerskich umiejętności, zrobienie trwałej ondulacji wymagało bowiem czasu – od pań. W zakładzie spędzały pół dnia, a nawet więcej. Nawiązywały znajomości i rozmawiały.
– Na przykład o tym, co się w mieście dzieje, czasem wyglądało to jak poradnia psychologiczna – uśmiecha się pan Andrzej. – Komórek wtedy nie było – dodaje.
W czasie takich wizyt fryzjerzy nasłuchali się różnych rzeczy, nawet kawałów. Pewnie też o sobie. Na pytanie o jeden taki, nasz rozmówca odpowiada przekornie: – Niektóre są ostre jak brzytwa, ale nie mam do nich głowy, a nie chcę spalić.
Pozostaje nam więc obejrzenie jego eksponatów w pałacowych wnętrzach.