fbpx

Skarby ukryte w ziemi

Skarby ukryte w ziemi
Wiadomości z gminy
fot. CK Polkowice / P. Paździor

Zachwycają kolorami i kształtami, budząc zdumienie potęgujące ciekawość – gdzie i w jaki sposób te cuda natury mogły powstać. Minerały, ale nie tylko. Natura tworzyła je przez wieki, aż zaległy głęboko w ziemi. Do czasu odkrycia złóż rudy miedzi w naszym rejonie. Ich wydobycie pozwoliło odkryć inny wymiar podziemnego świata kopalni.

Mieczysław Węgielski rozpoczął pracę w ZG Rudna w 1985 roku, jako mechanik. Stopniowo awansował – do stanowiska nadsztygara do spraw wentylacji. Minerały zafascynowały go tak bardzo, że ukończył studia na kierunku „Podziemna eksploatacja złóż”. Rozwinął swoją pasję i ze swadą może o niej opowiadać godzinami, zachowując niezmienny szacunek dla górniczego trudu.

Są piękne, ale co to jest?

Jeden jest zielony, drugi biały. Podziwiam je za każdym razem, kiedy na nie spojrzę.

– Ten zielony to szczotka gipsowa na kawałku piaskowca – wyjaśnia Mieczysław Węgielski z Suchej Górnej, emerytowany pracownik ZG Rudna. – Pochodzi z warstw anhydrytowych, zalegających powyżej warstw miedzionośnych. Solanka wypłukała gips, który wykrystalizował w kałuży, w wyrobisku górniczym. Zielony kolor jest ze względu na siarczki miedzi, które są podstawowym zasobem naszych rud. Zielony, czyli patyna – dodaje. – Drugi okaz to kryształki soli kamiennej i również wykrystalizowały w kałuży. Są białe, więc środowisko, w którym ten proces zachodził było w miarę czyste.

Tego dowiedziałam się przy okazji wystawy minerałów – „Z głębi ziemi polkowickiej. Co obok miedzi siedzi”, którą można obejrzeć w Wiatraku, a prezentowane tam okazy pochodzą właśnie z prywatnych zbiorów pana Mieczysława. Gromadził je latami, pracując w ZG Rudna i na tym zakładzie skupia swoją opowieść.

Kiedyś było tu morze

To niesamowite wrażenie zobaczyć coś, co przez wiele wieków ukryte było głęboko w naszej ziemi. A to niejako przy okazji, dzięki wydobyciu rudy miedzi i innych szlachetnych pierwiastków, o czym wszyscy wiemy.

– Te znaleziska nie są bezpośrednio związane z wydobyciem, ale są niezwykle ciekawe. O czym świadczą? O tym, że kiedyś było tu morze. Morze czechsztyńskie. Skały, z których wydobywamy nasze skarby to są skały osadowe – mówi pan Mieczysław. – Osadzały się przez miliony lat, zachowując w sobie te unikaty w trzech warstwach: łupki miedzionośne, skały węglanowe w stropach i piaskowce, które są pod łupkami na dole.

Co bieli się w tej kałuży?

Pierwszym okazem, który zatrzymał na sobie wzrok pana Mieczysława były kryształy soli. Leżały w wyrobisku górniczym, w kałuży, gdzie wykrystalizowały. Ot, coś białego w wodzie. Może inni nie zwrócili na to uwagi. On tak. Był ciekawy, co to jest. I tak się zaczęło. Ciekawość ta rosła z każdym kolejnym odkryciem, zamieniając się z czasem w pasję. Potem trafiały się szczotki gipsowe, w różnych kolorach, różnej wielkości.

– Moim zdaniem, najciekawsze są ślady, a właściwie odciski rybek i ślimaków – mówi pan Mieczysław. – Mówimy o ślimakach, bo skorupki je przypominają, ale są to ślady żyjącej miliony lat temu części otoczenia, kiedy było tu morze. Trafiały się też odciski roślin, namacalne ślady ówczesnej żywej natury – dodaje.

Odciski ślimaków można zobaczyć na wystawie w Wiatraku, ale rybki „popłynęły” jako upominki do ludzi. Pewnie zdobią półki czy gablotki w wielu domach.

Bonus dla pasjonatów

Nasz rozmówca podkreśla jedno – nie każdy pracownik może trafić na takie znaleziska. Po pierwsze nie każdy zwróci uwagę na coś dziwnego, oryginalnego, pochyli się, wyciągnie z wody czy umiejętnie wyłupie ze skały. Zwyczajnie, zainteresuje się. Po wtóre, kopalnia to przede wszystkim miejsce pracy. Liczy się wydobycie.

– Nie ma sentymentów, że można coś tam zostawić – wyjaśnia. – To, co znalazłem i zachowałem, to ewenementy. Taki bonus dla pasjonatów, bo kilku ich było.

Jemu sprzyjało to, że w pewnym okresie, jako pomiarowiec na wentylacji, dużo chodził na dole, bo wszystko trzeba było sprawdzić i zmierzyć. Razem z kolegami pracował w miejscach, do których inni pracownicy często nie mieli nawet dostępu.

Złote ściany

Przeróżne okazy trafiały się na całej rozciągłości zakładu, choć większość tych ciekawych znajdowała się na „płytszych rejonach na Rudnej Głównej czy Rudnej Zachodniej”, wspomina pan Mieczysław.

– Można było natrafić na kolorowe przerosty. Na przykład złote chalkopiryty, srebrne chalkozyny, niebieskawe koweliny, rzadko spotykane zielone malachity czy bornity w kolorze purpury – wymienia. – Wszystkie przyjemne dla oka, ale są to małe ilości. Pomijając przodki – dodaje.

Tak było na jednym z nich, gdzie podczas fedrunku, na sześciu-siedmiu metrach odsłoniły się złote ściany, od góry do dołu. Choć były to oczywiście złotawe chalkopiryty, to można sobie tylko wyobrazić, jakie zrobiły wrażenie. Tylko podziwiać.

– Wszystko pojechało na górę, na przeróbkę, bo taka jest kolej rzeczy. Nie ma sentymentów – powtarza nasz rozmówca.

Przyjemnie jest się dzielić

Nie ma ulubionego okazu. Każdy był dla niego zaskoczeniem, jeśli chodzi o miejsce znalezienia i wszystkie zachwycają go wciąż tak samo, jak na początku, gdy trafiły do jego rąk. Jakiś czas temu pan Mieczysław uznał jednak, że przyszedł czas, by pokazać je innym. Z okazałego zbioru, bo – jak już nadmienił – wiele znalezisk porozdawał, zachowała się może trzecia część. Nigdy nie policzył, ile tych skarbów miał, ale szacuje, że tak na wagę, to pewnie ze dwie tony by się uzbierało. Część wzbogaciła nawet zasoby Politechniki Wrocławskiej, gdzie studiował, pogłębiając wiedzę z zakresu mineralogii.

– Co było ciekawostką, przerodziło się w pasję, chęć poznania tego, co stworzyła natura, świadectwo bogatej przeszłości tej ziemi – podsumowuje.

Wiatrak – miły czar wspomnień

To druga wystawa minerałów pana Mieczysława w Wiatraku Polkowickim, z czego jest bardzo zadowolony. Także dlatego, że dla niego jest to w pewnym sensie wyprawa w czasie.

– Jak byłem mały, bawiłem się w wiatraku z kolegami – wspomina z uśmiechem. – Niektórzy wchodzili nawet bardzo wysoko.

red. ULK
Tłumacz
Zajrzyj na Facebooka
Przejrzyj Instagram
Oglądaj na YouTube