Stoi majestatycznie na tle ściany, przyciąga wzrok, zachwyca precyzją wykonania najmniejszego nawet elementu. HMS Victory. A obok niego dumny twórca mieszkający w Suchej Górnej Sylwester Białasik, z żoną Eweliną.

– To żaglowy okręt liniowy Nelsona, admirała brytyjskiej marynarki wojennej – wyjaśnia pan Sylwester, emerytowany górnik ZG Polkowice-Sieroszowice, szyb SW1. – Wymiar jest niestandardowy, bo wszystkie elementy modelu powiększyłem razy dwa.
Horatio Nelson (1758-1805) – brytyjski admirał, wicehrabia, baron Nilu. Najsłynniejszy admirał w historii floty brytyjskiej, dwukrotnie pokonał flotę Francji. HMS Victory to żaglowy okręt liniowy marynarki wojennej budowany w latach 1759–1765. Jego portem macierzystym jest Portsmouth w Anglii.
Patrzymy więc na okręt o długości około 2,5 metra i wysoki na 1,8 metra. Wykonany z drewna, głównie świerkowego, z działkami toczonymi z mosiądzu. Całość dopełniają misternie poprowadzone liny.
Ale na początku był karton
W szkole podstawowej pan Sylwester korzystał z Małego Modelarza. Lubił wycinać kartonowe elementy i sklejać je, żeby zobaczyć efekt. – Pierwszym modelem był pancernik Potiomkin – wspomina. – Potem zrobiłem jeszcze kilka innych, niestety nie przetrwały. Z czasem wyblakły, porozklejały się. Chciałem spróbować w drewnie. Ale nadal w morskich klimatach. Od początku w grę wchodziły tylko konkretne jednostki pływające.
Czas na okręt
– Zacząłem w 2010 roku – wspomina pan Sylwester. – Mieszkałem wtedy przy ulicy Hubala w Polkowicach. Potem była budowa domu w Suchej Górnej, a więc przerwa. Na emeryturze wróciłem do okrętu. Skończyłem go jakiś rok temu. Podjęcie wyzwania, czyli powiększenie standardowego modelu „razy dwa” oznaczało, że wszystkie elementy musiał zrobić sam. Jak coś miało 10 centymetrów, to u niego 20, i tak dalej. No i zrobił. Przyznaje, że nie było łatwych rzeczy do wykonania, ale nigdy nie było też momentu, w którym chciał odpuścić, zostawić to. Zwinąć żagle. Na szczęście w urządzonym w piwnicy warsztacie mógł spokojnie kleić, toczyć i szlifować do woli. – Najchętniej to siedziałby cały dzień w piwnicy i majsterkował, ale jak trzeba, wołam go i już – uśmiecha się pani Ewelina, nie kryjąc dumy z dzieła męża. – Takie ma hobby, a wymaga ono ogromnej cierpliwości i dokładności. W życiu nie podjęłabym się czegoś takiego – dodaje.
Początek nowej przygody?

– Ten okręt będzie w dwóch wersjach – dodaje pan Sylwester. – Niemalowany i malowany, z żaglami i bez. Teraz robię drugi, taki sam, ale będzie pomalowany, z rzeczywistymi barwami HMS Victory i z żaglami. Czy to początek większej kolekcji? Czas pokaże. Na razie państwo Białasikowie myślą o tym, żeby ich okręt wypłynął na szersze wody, czyli poza mury salonu. – Kiedy ktoś do nas przychodzi, to pierwsze kroki kieruje do modelu – mówi pani Ewelina. – Wszystkim się podoba, chwalą go. Dziwią się, że można coś takiego zrobić. To miłe, dlatego chcielibyśmy pokazać go innym, może na jakiejś wystawie. Robimy rozeznanie, co i jak trzeba zrobić. Tymczasem pan Sylwester buduje przyczepkę. Jak nadarzy się okazja, będzie gotowa. Zapakuje na nią okręt, żeby bezpiecznie ruszył w świat. Jak ktoś napatrzy się już na okręt, napodziwia, może odwrócić głowę i dalej podziwiać. Kolejne dzieło pana Sylwestra – mapa starożytnego świata robi wrażenie. Przez trzy miesiące układał ją, dopasowując do siebie aż sześć tysięcy elementów.