Z wiatrem i pod wiatr

Polkowice nie zawsze kojarzyły się wyłącznie z sukcesem samorządności. Przez wiele stuleci ich wizytówką były wiatraki.

Właściwie, to należałoby dodać, że jeszcze pożary. No, ale ten żywioł był tak samo bezlitosny dla wszystkich miast i miasteczek Europy od średniowiecza po wiek XIX. Dlatego dziś skupimy się na wiatrakach, choć tematu pożarów – chcąc nie chcąc – i tak dotkniemy.
Otóż, jak wiadomo, miasto nasze założono na wzgórzu. To było typowe wszędzie tam, gdzie pagórki w ogóle były. Gdzie nie było, szukano rzek i jezior. Wszystko po to, aby miasta było łatwiej bronić. Przed ludźmi było najłatwiej. Przed pożarami najtrudniej.
Wzgórze determinowało jednakże stałą obecność innego, mniej destrukcyjnego żywiołu, który umiejętnie zaprzęgnięty do pracy, mógł przynosić ogromne korzyści całemu miastu. Mowa oczywiście o wietrze. A ten nękał Polkowice już od chwili wykarczowania na ich miejsce dziewiczego boru. Ale wiał przez lata bezpłodnie. Sobie a muzom. Do czasu, kiedy jakiś przedsiębiorczy mieszkaniec grodu nie wybudował pod jego murami pierwszego wiatraka. Wkrótce w mieście pojawiła się pierwsza „swojska” mąka. Wiatrak stał, a wiatr wiał nadal, stale i mocno, przez większość roku od południowego zachodu. Nic dziwnego więc, że na w ślad za „pierwszym przedsiębiorczym” pojawili się więc szybko kolejni, bo wiatru starczało dla każdego. Poza tym bycie młynarzem, właścicielem wiatraka, bardzo nobilitowało średniowiecznego mieszczanina. Regulowała to „Ustawa młyńska” z roku 1265. (Nota bene w Polkowicach pierwszy był młyn wodny, a nie wiatraki).
W ten sposób do roku 1680 na terenie podległym jurysdykcji polkowickiego magistratu stało kilkanaście wiatraków, które mełły mąkę przez cały rok. Przerwę w tym sielskim krajobrazie gospodarczym jako pierwsza zrobiła epidemia dżumy, która – jak pamiętamy – właśnie w roku 1680 dopadła Polkowice. Z tego okresu mamy także pierwsze, potwierdzone relacje o opuszczeniu i spaleniu kilku wiatraków przez swoich właścicieli. Ludzie uciekali z rewirów gdzie panował dżuma, na wszelki wypadek paląc „zatrute” nieruchomości. W ten sposób rzemieślnicy którzy mieli warsztaty w okolicach Bramy Głogowskiej (w tym młynarze), przenieśli się na tereny mocno wysunięte w kierunku Suchej Górnej. Tam też wkrótce powstały trzy nowe wiatraki.
Kolejne trudne dla wiatraków czasy przyszły dopiero sto lat później. W czerwcu 1783 r. spłonął rażony piorunem słynny – bo jeden z najstarszych w mieście – wiatrak, zwany narożnym. Funkcjonowała także inna jego nazwa – kąpielowy, a to ze względu na bliskie sąsiedztwo Dolnego Stawu (tego samego gdzie przed wiekami stał wzmiankowany wyżej młyn wodny). Właściciel „narożnego” Christian Baehlich nie zamierzał jednak, jak jego koledzy po fachu sprzed stu lat, przenosić się w inne miejsce. W dwa lata na miejscu spalonego wybudował nowy wiatrak, który służył jego rodzinie do 1925 r. Wtedy „narożny” sprzedano, a nowy właściciel rozebrał go, aby postawić na nowo w innym miejscu. Gdzie? O tym źródła milczą.
Podobna historia spotkała inny wiatrak, który stał w pobliżu Bramy Głogowskiej. Ten spłonął w roku 1882 i także został odbudowany przez właściciela. Pracował do końca wojny. Nie odbudowano za to wiatraka, który spłonął w listopadzie 1903 roku w okolicach dzisiejszego Polkowickiego Centrum Usług Zdrowotnych. Jego właściciel Julius Rutsch bohatersko obronił przed ogniem swoją rodzinę i zapasy zboża. Samego wiatraka już nie.
Nasz słynny polkowicki holender, kiedy nie był jeszcze holendrem ale paltrakiem, spłonął po raz pierwszy w 1864 r. To podczas jego odbudowy postanowiono go zmodernizować, za jako budulca używając wyłącznie cegły. W ten sposób drewniany wiatrak na podbudowie ceglanej – czyli paltrak, przedzierzgnął się w monumentalnego holendra. Był tak nowoczesny, że nie potrzebował już nawet wiatru. Prace śmigów mogła w razie potrzeby wykonywać specjalnie w tym celu sprowadzona maszyna parowa. Jednak wkrótce nawet ten niezwykły wynalazek się zestarzał, a jego miejsce zajął silnik elektryczny. Holender mełł zboże okolicznych rolników do lat 20. ub. stulecia.