Spór o obelisk

Były symbolem męstwa i wiary w zwycięstwo. Wielbione przez jednych, były niszczone przez innych. Mowa o niemieckich obeliskach, wznoszonych ku czci żołnierzy poległych na frontach I wojny światowej.

W latach 1918-1924 na terenie Republiki Weimarskiej powstało kilkanaście tysięcy pomników poświęconych żołnierzom, którzy nie powrócili do swoich domów z wojny. Każde miasto, miasteczko i wioska obierały sobie za punkt honoru wystawienie obelisku z wyrytymi nazwiskami poległych i dębowym wieńcem na szczycie. Na terenie naszej gminy, należącej przecież kiedyś do państwa niemieckiego, nadal możemy spotkać te oryginalne dzieła powojennej architektury. Ocalały m. in. płyty w Guzicach, Dąbrowie i Komornikach. Ta ostatnia zrzucona z piedestału po wojnie, ciągle leży przewrócona w miejscu, gdzie ą postawiono. Za to tablicami z Guzic i Dąbrowy opiekują się ludzie. W Guzicach znajduje się ona na terenie prywatnym i kilkuletnie obserwacje tego miejsca nasuwają spostrzeżenie, że jego właściciel nie zamierza pozwolić na jej dewastację. Troskliwe ręce podniosły także zrzuconą po wonie tablicę w Dąbrowie, i przeniosły ją pod okazałego dęba. Sąsiaduje tu z krzyżem, adorowanym podczas nabożeństw majowych. Tylko w Polkowicach nie znajdziemy śladu po obelisku upamiętniającym żołnierzy poległych podczas I wojny światowej. Ten okazały, stojący pierwotnie niedaleko dzisiejszego domu dziecka postument, odznaczał się nie tylko sporymi rozmiarami, ale także gustowną architekturą. Na jego czterech ścianach wyryte były nazwiska żołnierzy z Polkowic. Całość wieńczył orzeł z wzniesionymi do lotu skrzydłami. Warto także przypomnieć, że granitową płytę z mosiężną tablicą ufundowali swoim chłopcom także mieszkańcy Polkowic Dolnych. Sam granitowy postument stoi do dziś w byłym parku folwarcznym obok drogi. Mosiężna tablica z nazwiskami poległych znajduje się obecnie w rękach prywatnych.
Niszczenie po II wojnie światowej pomników powstałych w czasach Republiki Weimarskiej (1919-1933), a więc nie związanych bezpośrednio z działaniami hitlerowców, było – paradoksalnie – rzeczą zrozumiałą. Osadnicy, w większości brutalnie skrzywdzeni przez wojnę, starali się zetrzeć z powierzchni ziemi wszystko, co związane było z niemieckością – przyczyną ich tragedii i bólu. Terapeutyczna rola takiego aktu zniszczenia była powszechnym i po dziś dzień stosowanym aktem tzw. dziejowej sprawiedliwości. A ta, jak wiadomo, o szczegóły nie pyta. Dziś, z dystansu minionych kilkudziesięciu lat, możemy jednak spojrzeć bardziej obiektywnie na te pomniki państwowości niemieckiej, które z II wojną światową nie miały nic wspólnego, za to ze współpracą polsko-niemiecką – jak najbardziej. Pomniki i obeliski poświęcone pamięci żołnierzy walczących i poległych w szeregach armii Cesarstwa Niemieckiego w żaden sposób nie godziły w Polskę i Polaków. Były pamiątką po walce, jaką to cesarstwo stoczyło z armiami rosyjską, francuską i angielską, a czasami także amerykańską, belgijską, kanadyjską i australijską ale nigdy, przenigdy polską, bo takiej po prostu wtedy jeszcze nie było. Były za to wydzielone jednostki złożone z żołnierzy polskich i przez polskich oficerów dowodzone, a wchodzące w skład armii niemieckiej (legiony bryg. Piłsudskiego), francuskiej (Błękitna Armia gen. Hallera) i rosyjskiej (I Korpus Polski gen. Dowbor-Muśnickiego). Bywało więc i tak, że Polacy stawali naprzeciwko siebie podczas bitew I wojny światowej, bo reprezentowali interesy kilku różnych państw. I to dlatego wśród napisów na niemieckich obeliskach ocalałych w zachodniej i północno-zachodniej Polsce, znajdziemy także nazwiska Polaków, ramię w ramię ze swoimi niemieckimi kolegami walczyli i ginęli na frontach I wojny światowej.