Samorządowe (r)ewolucje

Ernest Samuel Weinknecht. Warto zapamiętać sobie to nazwisko, bo dotyczy człowieka, który swoją osobą i zajmowanym urzędem spinał jak żelazną klamrą dwie epoki politycznego życia naszego miasta. Ale po kolei.

Była wczesna wiosna 1809 roku. Polkowicki garnizon okupacyjnych wojsk francuskich, podkomendnych cesarza Napoleona Bonaparte, siedział już właściwie na walizkach. 18 kwietnia tego roku ostatni wóz taborowy zniknął w kurzu ulicy Głogowskiej, bynajmniej nie żegnany przez miejscową ludność. Napoleon był skończony. Przynajmniej na razie. Dlatego wydawało się oczywistym, że teraz władza królewska (przypomnijmy – Prusami rządził wtedy Fryderyk Wilhelm III) odbierze co królewskie, wprowadzając do miast i gmin mianowanych przez siebie burmistrzów. Taki stan rzeczy obowiązywał przecież w Królestwie Prus od 2 lutego 1742 r., od czasów Fryderyka II, niesłusznie nazywanego Wielkim. Jednak doświadczenia wojen napoleońskich, a ściślej mówiąc to, co te ze sobą przyniosły (nowy podział administracyjny, Kodeks Cywilny, rozwój poczty etc.) kazały królowi inaczej spojrzeć na kwestię mianowania władzy w podległych mu strukturach administracyjnych. Krótko mówiąc: burmistrzowie mieli odtąd pochodzić z wyborów powszechnych, nie zaś z woli króla. W te rewolucję terytorialną trudno było początkowo uwierzyć zdyscyplinowanym i przyzwyczajonym do wykonywania rozkazów scentralizowanej władzy, mieszkańcom Prus. Nie inaczej było w Polkowicach, gdzie sam burmistrz rozpowiadał, że nowe przepisy to mrzonki i plotki. Do czasu. Bo kiedy do miasta przyjechali urzędnicy z Wrocławia, przywożąc do ratusza nową ordynację wyborczą, żarty się skończyły. Ordynacja była dość nowoczesnym jak na owe czasy tworem, szczegółowo przemyślanym i wyważonym. Wskazuje na to m. in. punkt mówiący o tym, że do wyborów mógł iść tylko ten mieszczanin posiadający pełnię praw i określony majątek, już to w postaci nieruchomości, już to gotowizny. Szybko okazało się, że w niespełna 2-tysięcznym mieście, niespełna 200 osób spełniało ten warunek. Wybory, rozpisane na 21 lutego, podzieliły miasto na trzy okręgi wyborcze, odpowiadające trzem bramom: Garncarskiej, Głogowskiej i Lubińskiej. Na przedwyborczą agitację pozostawało bardzo mało czasu. Dlatego odbywała się nie tylko na rynku, w karczmach i gospodach, ale także w kościołach. I to obydwu: katolickim i ewangelickim. Ten fakt jest o tyle ciekawy, że w wyniku głosowania do 24-osobowej Rady Miejskiej wszedł niejaki Robert Faustmann – proboszcz parafii katolickiej. Przewodniczącym rady został Benjamin Wespe, krawiec, a jego zastępcą Sigismund Krause, wytwórca i handlarz suknem. Drugą ciekawostką jest to, że nowo wybrani radni na burmistrza Polkowic wskazali osobę, która do tej pory piastowała to stanowisko, czyli Ernesta Samuela Weinknechta. Swój urząd miał piastować przez 12 kolejnych lat. Weinknecht dobrał sobie siedmiu współpracowników, tworzących razem magistrat, czy jak dziś byśmy powiedzieli – urząd miejski. Król zatwierdził ten wybór. Mimo to, już po niespełna pół roku, ten sam król magistrat odwołał. Przyczyn do dziś nie znamy. Wiemy natomiast na pewno, że burmistrzowski vacat trwał zaledwie kilka dni. 14 sierpnia 1810 r. Rada Miasta Polkowice wybrała na nowego burmistrza Hansa Marcela Schmidta, dotychczasowego sędziego w królewskim sądzie we Wrocławiu. Schmidt pełnił swoją funkcję do 1815 r. Przed śmiercią doczekał się jeszcze ostatecznego wymarszu wojsk francuskich z Głogowa i z całego terenu Prus, który miał miejsce w 1814 r.