Przejdź do treści

Towarzyszka ostatniej drogi

Towarzyszka ostatniej drogi

Dodane: Piątek, 13 kwietnia 2018

Krystyna Palczak, pielęgniarka z Centrum Opieki Paliatywnej przy polkowickiej przychodni towarzyszy ludziom umierającym w ich ostatniej drodze. Z nami podzieliła sie swoimi refleksjami oraz doświadczeniami z niezwykle trudnej pracy.

 

Przewodnik

Najtrudniejsze chwile są wtedy, kiedy pacjent patrzy mi prosto w oczy i zadaje pytania. Jaki jest jego stan i ile jeszcze będzie żył. Chce prawdy, ale tę prawdę można przekazać na wiele sposobów. Tak, aby człowiek ją udźwignął. Bo jestem jego przewodnikiem w odchodzeniu.

Krystyna Palczak od 22 lat pracuje w polkowickim Centrum Opieki Paliatywnej. Przez ten czas odprowadziła ponad 200 osób, nawet z tej samej rodziny. – Odprowadzałam przed laty chorego, a później stanęłam przed drzwiami jego syna. To był trudny moment. Bo ten młody człowiek doskonale pamiętał, jak opiekowałam się jego ojcem i teraz przyszłam do niego. Nie był zachwycony, bo wiedział jaka jest moja rola. Że to nie leczenie, ale odprowadzanie. Musieliśmy przełamać lody, zaprzyjaźnić się, zaufać sobie. Chory ma do końca nadzieję, a tutaj wchodzi opieka paliatywna. Czyli koniec.

Strach

Kiedy mąż wybudził się po operacji usłyszał od lekarza, że nie mieli co robić. Bo rak jest tak zaawansowany, że żaden zabieg nie pomoże. I ma góra miesiąc życia. No to mąż wyrwał te rurki, którymi był oplątany i powiedział, że wraca do domu. W szpitalu zdychać nie będzie.

- Nigdy nie mówię, że wyleczymy chorego, nie gwarantuję, że dożyje 80 lat. Ale zawsze podkreślam, że postaramy się wydłużyć mu życie. Mówię, że będziemy pomagać pozbyć się objawów chemioterapii czy radioterapii, jak będzie coś bolało to zrobimy tak, aby przynieść ulgę. Najtrudniej jest wtedy, kiedy pacjent nie jest pogodzony z chorobą. Buntuje się. Zachęcam wtedy do poukładania spraw, które wcześniej były odkładane na przyszłość. Do spotkania się z przyjaciółmi, głębokiej rozmowy z bliskimi.  Choroba jest fizyczna, ale obejmuje całego człowieka. Czyli także jego myśli, uczucia, potrzeby, lęki. Chorego paraliżuje strach. Moją rolą jest pomoc w tym lęku. Z perspektywy lat widzę, jak odchodzącym pomaga poczucie poukładania swoich spraw. Zmniejsza się wtedy lęk o przyszłość najbliższych.

Bunt

- Byłam zła na Pana Boga – mówi wdowa.  Za to cierpienie. Krzyczałam na Niego. Że nie jest dobry, ani sprawiedliwy. Musiałam przez to przejść. Ale teraz wiem, że ta choroba nie ma nic wspólnego z miłosierdziem czy sprawiedliwością boską. Bo jak by ona była, to na świecie nie byłoby morderców czy złodziei. Bo ręka boska od razu by ich karała. Myślę, że człowiek dostał wolną wolę i często sam szykuje sobie swój los. A poza tym rodzimy się chyba z pewnym przeznaczeniem. Może przeznaczeniem mojego męża było krótkie życie?...Nie wiem.  Zdrowy człowiek, który nigdy na nic nie chorował i na nic się nie uskarżał, nagle stał się śmiertelnie chory. Sławny wrocławski onkolog powiedział nam wprost – mąż ma miesiąc życia, albo trzy miesiące jeżeli weźmie chemię i na nią zareaguje. I tyle. I już biegnie do kolejnego pacjenta. A my zostajemy z tym wszystkim.

Czas

Są pacjenci, którzy wypisują się ze szpitala i chcą umrzeć w domu. Rodzina pyta ile czasu jeszcze zostało. A tego czasu nie zna nikt, nawet po 22 latach praktyki. – W odchodzeniu każdy dzień ma inne znaczenie, bywa na wagę złota. Nie potrafię powiedzieć najbliższym jak długo ich ojciec czy matka z nimi zostaną – mówi Krystyna Palczak. W zawansowanej chorobie nikt nie liczy czasu na lata czy miesiące, ważny jest każdy dzień. Bo można uporządkować wiele spraw, porozmawiać z dawno niewidzianymi ludźmi. Pożegnać się. Siła życia bywa ogromna. Miałam pod opieką pana, który ciężko chory czekał na przylot syna zza granicy. I zmarł, kiedy on dotarł z lotniska do domu. Z odchodzeniem jest jak z życiem. Każde jest inne.

Towarzyszenie

Nikt nie przewidywał takiego scenariusza. Jedynym objawem była utrata apetytu. Po badaniach okazało się, że to rak jelita grubego z przerzutami do wątroby, płuc i jamy otrzewnowej.

- Mój mąż odchodził przez 13 miesięcy. Lekarze postawili diagnozę i dali leki. I na tym koniec. Moim prawdziwym przewodnikiem po chorobie była pani Krysia. I to od samego początku, czyli od informacji, że to rak i pozostało bardzo niewiele życia. Bo na taką informację nikt nie jest przygotowany – mówi żona, której mąż niedawno zmarł.

Mówi spokojnie, ale doskonale pamięta tę chwilę po wyjściu ze szpitala. – To było niewyobrażalne. Zdrowy mężczyzna otrzymuje diagnozę końca życia. Nic go nie boli, nie ma tylko apetytu. A lekarz mówi, że to koniec. Nie ma już nadziei, ostatnie stadium. W poniedziałek był jeszcze zdrowy, a we wtorek po USG jest śmiertelnie chory. Szok niewyobrażalny… - Lekarze powiedzieli, że mam zapewnić mężowi najlepszą i godną opiekę. Aby później nie wypominać sobie, że czegoś nie zrobiłam. Ale skąd wiadomo co jest właściwe? Co mam robić, aby było godnie? To jest niewyobrażalny strach i lęk, aby niczego nie przeoczyć. Przewodnikiem w tym trudnym czasie była pani Krystyna. Dała całej naszej rodzinie poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji.

Stabilizator

- Każdy choruje i odchodzi inaczej, indywidualnie reaguje na podawane leki. Miałam pacjenta, który zamarzył o śledziach. Żona dzwoni i pyta czy może mu podać, bo przecież taki śledź może zaszkodzić. A ja mówię – niech zje śledzia, skoro ma ochotę! W tej chorobie wiele rzeczy może być po raz ostatni. Z takich drobnych rzeczy składa się moja pomoc – przyznaje Krystyna Palczak. - Rodziny mówią, że jest stabilizatorem i bezpiecznikiem. Zazwyczaj małomówna i cicha jest silnym oparciem. Bo wie co robić i jak pomóc. Nie wpada w panikę i nie okazuje strachu, bo to nie pomaga – to opinia Marioli Kośmider, dyrektora polkowickiej przychodni.  - Mój mąż przez miesiąc był w szpitalu. I przesiedziałam ten miesiąc przy łóżku na takim małym taboreciku. I przez te wszystkie dni pani Krysia dzwoniła do mnie każdego wieczoru pytając jak się czujemy, co słychać, co zrobiono. W tej chorobie wali się świat i trzeba mieć kogoś na kim można się oprzeć. Taką osobą jest pani Krysia – mówi żona zmarłego.  – Mój mąż odszedł we własnym łóżku, byłam przy nim ja i nasze dzieci. I pani Krysia. Do samego końca, do ostatniego tchnienia. Do ostatniego uścisku dłoni nad ranem.

W odchodzeniu nie ma pacjentów – podkreśla na koniec Krystyna Palczak. – Jest pan Adaś i pan Janek. Nie zajmuję się leczeniem, towarzyszę w odchodzeniu. Bo człowiek potrzebuje pomocy i przy urodzinach i przy śmierci.

 

Konrad Kaptur